Jeden dzień z Kiyomi

Powrót do aktualności


(wspomniena Kiyomi-san ukazały się rok temu w Sakura Saku)


Widzę siebie leżącą w pokoju na łóżku. Śpię i jednocześnie patrzę na "śpiącą siebie". Widzę, że ta Kiyomi, która śpi ma jakieś koszmary, bo przewraca się z jednej strony na drugą i wygląda na to, że cierpi.
Chciałabym jej jakoś pomóc bo w sumie jesteśmy jedną osobą ale z drugiej strony: ona śpi a ja stoję nad nią. Nagle znajduję się w jej śnie. Nie wiem jak to się dzieje ale spaceruję sobie po jakimś miejscu.
Jestem sama, wokół mnie stare kamienice i wysokie palmy. Nie wiem dlaczego, ale jestem przekonana, że to Polska. Trochę mnie nudzi takie samotne spacerowanie i kiedy dostrzegam ogromny, biały budynek - wchodzę do niego bez zastanowienia.
Najpierw myślę, że może to szpital ale za chwilę dociera do mnie, że to muzeum sztuki. Od dawna marzyłam o wizycie tutaj. W środku widzę same azjatyckie twarze. Jest tu tylko jedna, gigantycznych rozmiarów hala. Ludzi jest bardzo dużo ale przestrzeń sprawia, że nikt sobie nie wchodzi na drogę.
Wszyscy mijają się swobodnie. Nikt się nie uśmiecha. Nikt się nie złości. Można to nazwać tłumem, który nie stanowi przeszkody.
Ja też wtapiam się w ten tłum, idę rozglądając się po tym ogromnym korytarzu próbując dostrzec jakiś obraz. Nagle wśród tego neutralnego tłumu zauważam dziewczynę, jest bardzo daleko ale powoli zbliża się w moją stronę.
Uświadamiam sobie, że to jestem ja! Muszę do niej (czy do mnie) zagadnąć. Idę stanowczo w jej kierunku a ona też zmierza do mnie. Widzę ją bardzo dobrze. Serce bije mi coraz mocniej, ale dlaczego? Chyba dlatego, że niezbyt często ma się okazję spotkać samego siebie.
Kiedy jest już na wyciągnięcie ręki - okazuje się, że całą twarz zakrywają jej włosy. Jestem tak rozczarowana tym faktem, że tracę głos i mijamy się w ciszy, zwyczajnie jak wszyscy inni w tej sali.

W Japonii mówi się, że każdy człowiek ma dwa sobowtóry. Spotkawszy swojego sobowtóra umieramy. Może to dobrze, że nie mogłam z nią porozmawiać...

Czasami czuję, że jestem dwiema osobami. Zmieniam się w zależności od tego jakim językiem mówię. Ta polska Kiyomi jest bardziej śmiała, otwarta i pewna siebie. Ale wystarczy tylko, żeby zaczęła mówić po japońsku - robi się cicha i zawstydza ją niemal wszystko.

Poranek

Pamiętam mój zachwyt najprostszymi rzeczami zaraz po przyjeździe do Polski. Zamieszkałam wtedy w Łodzi. Liście inaczej pachniały, jeździłam tramwajami mijając stare, odrapane kamieniczki, ponure osiedla bloków, spacerowałam zarośniętymi alejkami w parku i nie mogłam uwierzyć w to jak mało tu ludzi! Czasami wręcz się bałam. Puste ulice to widok niemal niespotykany w Tokio. Wracając do domu wieczorem czułam na plecach dreszczyk niepokoju. Kto wie, może w czasie kiedy byłam w szkole coś się stało i wszyscy inni ludzie po prostu zniknęli? Sceneria łódzkiej ulicy przypominała mi jakiś stary, dziwaczny film a nie rzeczywistość.
Kiedy przeniosłam się do Warszawy trochę mi ulżyło. Ale tylko trochę. Bo tutejsze tłumy wcale nie przypominają tych z Tokio. Tu wszyscy wchodzą jedni na drugich, przepychają się a mijając patrzą ci prosto w oczy. Trzeba mieć niezłą kondycję i dużo pewności siebie żeby w godzinach szczytu znaleźć dobre miejsce w metrze lub tramwaju. A z drugiej strony jeśli ktoś potknie się lub przewróci - natychmiast podbiega do niego kilka osób i wszyscy chcą pomagać. Czasami ludzie w Polsce są bardzo otwarci, gościnni i uprzejmi. Tylko dlatego, że jesteś cudzoziemcem zapraszają cię na herbatkę i sernik do własnego domu. Nie przeszkadza im zupełnie bariera językowa. Spodobało mi się to i do dziś uważam, że to cudowne.


Nie wiem kim teraz bardziej jestem. Polką czy Japonką. Gdybym mogła wybierać żyłabym jednocześnie i w Polsce i w Japonii. W marzeniach stworzyłabym nowy kraj, wybrałabym najlepsze cechy Polski i Japonii i połączyłabym je ze sobą. Piękno polskich gór i jezior, życzliwość i szczerość Polaków oraz sentymentalność i taktowność Japończyków. W takim kraju chciałabym mieszkać. Jednak im dłużej mieszkam w Polsce myślę częściej po polsku, postępuję „po polsku”, dostosowuję się do otoczenia.
Rozdwojenie osobowości w pewnym momencie było u mnie bardzo duże, dopiero podjęcie pracy przyczyniło się do częściowej integracji obu osobowości. Ucząc dostrzegam i doceniam piękno własnej kutury i języka. Uwielbiam pracę z dziećmi. Są takie szczere. Jednocześnie też silnie pobudzają. Oddają mi swój nadmiar energii w czasie lekcji, stąd potrzebuję po zajęciach dłuższej chwili by się uspokoić. Dzieci są całkowitym przeciwieństwem dorosłych, wśród których spotykam tzw „wampiry emocjonalne” wysysające energię, niczym krew niezbędną do życia.
Powoli przyzwyczajam się do rozmowy z ludźmi twarzą w twarz. Nie uciekam. To takie inne od zachowań Japończyków, zachowujących dystans w rozmowie.

Wieczór

Lubię zmierzch. Nie bez powodu moim ulubionym kolorem jest fiolet. Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to ogromne lotnisko w Japonii. Niebo było zachmurzone, ciemnosine... Najpiękniejszy odcień fioletu jaki kiedykolwiek widziałam. Miałam wtedy 2 lata. Uwielbiam kiedy zaczyna robić się ciemno.

Sny

Śnię po japońsku. Ale o tym co wydarzyło się w mojej polskiej rzeczywistości.


Wysłuchała Maja Mendraszek