Sakura Saku

Strona 1 z 2, wyświetlanie 5 pozycji z 6 wszystkich

Jeden dzień z Kiyomi

2010-02-04 19:18:47


(wspomniena Kiyomi-san ukazały się rok temu w Sakura Saku)


Widzę siebie leżącą w pokoju na łóżku. Śpię i jednocześnie patrzę na "śpiącą siebie". Widzę, że ta Kiyomi, która śpi ma jakieś koszmary, bo przewraca się z jednej strony na drugą i wygląda na to, że cierpi.
Chciałabym jej jakoś pomóc bo w sumie jesteśmy jedną osobą ale z drugiej strony: ona śpi a ja stoję nad nią. Nagle znajduję się w jej śnie. Nie wiem jak to się dzieje ale spaceruję sobie po jakimś miejscu.
Jestem sama, wokół mnie stare kamienice i wysokie palmy. Nie wiem dlaczego, ale jestem przekonana, że to Polska. Trochę mnie nudzi takie samotne spacerowanie i kiedy dostrzegam ogromny, biały budynek - wchodzę do niego bez zastanowienia.
Najpierw myślę, że może to szpital ale za chwilę dociera do mnie, że to muzeum sztuki. Od dawna marzyłam o wizycie tutaj. W środku widzę same azjatyckie twarze. Jest tu tylko jedna, gigantycznych rozmiarów hala. Ludzi jest bardzo dużo ale przestrzeń sprawia, że nikt sobie nie wchodzi na drogę.
Wszyscy mijają się swobodnie. Nikt się nie uśmiecha. Nikt się nie złości. Można to nazwać tłumem, który nie stanowi przeszkody.
Ja też wtapiam się w ten tłum, idę rozglądając się po tym ogromnym korytarzu próbując dostrzec jakiś obraz. Nagle wśród tego neutralnego tłumu zauważam dziewczynę, jest bardzo daleko ale powoli zbliża się w moją stronę.
Uświadamiam sobie, że to jestem ja! Muszę do niej (czy do mnie) zagadnąć. Idę stanowczo w jej kierunku a ona też zmierza do mnie. Widzę ją bardzo dobrze. Serce bije mi coraz mocniej, ale dlaczego? Chyba dlatego, że niezbyt często ma się okazję spotkać samego siebie.
Kiedy jest już na wyciągnięcie ręki - okazuje się, że całą twarz zakrywają jej włosy. Jestem tak rozczarowana tym faktem, że tracę głos i mijamy się w ciszy, zwyczajnie jak wszyscy inni w tej sali.

W Japonii mówi się, że każdy człowiek ma dwa sobowtóry. Spotkawszy swojego sobowtóra umieramy. Może to dobrze, że nie mogłam z nią porozmawiać...

Czasami czuję, że jestem dwiema osobami. Zmieniam się w zależności od tego jakim językiem mówię. Ta polska Kiyomi jest bardziej śmiała, otwarta i pewna siebie. Ale wystarczy tylko, żeby zaczęła mówić po japońsku - robi się cicha i zawstydza ją niemal wszystko.

Poranek

Pamiętam mój zachwyt najprostszymi rzeczami zaraz po przyjeździe do Polski. Zamieszkałam wtedy w Łodzi. Liście inaczej pachniały, jeździłam tramwajami mijając stare, odrapane kamieniczki, ponure osiedla bloków, spacerowałam zarośniętymi alejkami w parku i nie mogłam uwierzyć w to jak mało tu ludzi! Czasami wręcz się bałam. Puste ulice to widok niemal niespotykany w Tokio. Wracając do domu wieczorem czułam na plecach dreszczyk niepokoju. Kto wie, może w czasie kiedy byłam w szkole coś się stało i wszyscy inni ludzie po prostu zniknęli? Sceneria łódzkiej ulicy przypominała mi jakiś stary, dziwaczny film a nie rzeczywistość.
Kiedy przeniosłam się do Warszawy trochę mi ulżyło. Ale tylko trochę. Bo tutejsze tłumy wcale nie przypominają tych z Tokio. Tu wszyscy wchodzą jedni na drugich, przepychają się a mijając patrzą ci prosto w oczy. Trzeba mieć niezłą kondycję i dużo pewności siebie żeby w godzinach szczytu znaleźć dobre miejsce w metrze lub tramwaju. A z drugiej strony jeśli ktoś potknie się lub przewróci - natychmiast podbiega do niego kilka osób i wszyscy chcą pomagać. Czasami ludzie w Polsce są bardzo otwarci, gościnni i uprzejmi. Tylko dlatego, że jesteś cudzoziemcem zapraszają cię na herbatkę i sernik do własnego domu. Nie przeszkadza im zupełnie bariera językowa. Spodobało mi się to i do dziś uważam, że to cudowne.


Nie wiem kim teraz bardziej jestem. Polką czy Japonką. Gdybym mogła wybierać żyłabym jednocześnie i w Polsce i w Japonii. W marzeniach stworzyłabym nowy kraj, wybrałabym najlepsze cechy Polski i Japonii i połączyłabym je ze sobą. Piękno polskich gór i jezior, życzliwość i szczerość Polaków oraz sentymentalność i taktowność Japończyków. W takim kraju chciałabym mieszkać. Jednak im dłużej mieszkam w Polsce myślę częściej po polsku, postępuję „po polsku”, dostosowuję się do otoczenia.
Rozdwojenie osobowości w pewnym momencie było u mnie bardzo duże, dopiero podjęcie pracy przyczyniło się do częściowej integracji obu osobowości. Ucząc dostrzegam i doceniam piękno własnej kutury i języka. Uwielbiam pracę z dziećmi. Są takie szczere. Jednocześnie też silnie pobudzają. Oddają mi swój nadmiar energii w czasie lekcji, stąd potrzebuję po zajęciach dłuższej chwili by się uspokoić. Dzieci są całkowitym przeciwieństwem dorosłych, wśród których spotykam tzw „wampiry emocjonalne” wysysające energię, niczym krew niezbędną do życia.
Powoli przyzwyczajam się do rozmowy z ludźmi twarzą w twarz. Nie uciekam. To takie inne od zachowań Japończyków, zachowujących dystans w rozmowie.

Wieczór

Lubię zmierzch. Nie bez powodu moim ulubionym kolorem jest fiolet. Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to ogromne lotnisko w Japonii. Niebo było zachmurzone, ciemnosine... Najpiękniejszy odcień fioletu jaki kiedykolwiek widziałam. Miałam wtedy 2 lata. Uwielbiam kiedy zaczyna robić się ciemno.

Sny

Śnię po japońsku. Ale o tym co wydarzyło się w mojej polskiej rzeczywistości.


Wysłuchała Maja Mendraszek

Zniszczyć kawaii – Kanehara Hitomi Języki i kolczyki

2010-01-05 08:51:16


        

Kanehara pisze tak, jakby chciała stworzyć encyklopedię  aktualnych młodzieżowych trendów. A te trendy w Japonii są mroczne, złe, perwersyjne, powykręcane, „gotyckie”. Odcinają się od słodkości kawaii, moralności pań domu i zapracowanych eriito-san (elit) w garniturach. W swoim dążeniu do dziwności przypominają europejski dekadentyzm fin de siecle’u sprzed wieku.


Debiutanckiej powieści Kanehary z 2003 roku (wydane także u nas Języki i kolczyki, Albatros 2007, jap. 蛇にピアス) przyznano najważniejszą w Japonii nagrodę literacką – Akutagawa Shō, czyniąc tym autorkę najmłodszą pisarką w historii, której przypadło to wyróżnienie. Wydaje się, że uhonorowano nie tyle literacką wartość tej książki, co wiarygodne odbicie aktualnej mody i nastrojów. Bohaterka Języków , 19-letnia Rui pracująca jako hostessa, jest przedstawicielką furita (od połączenia free i Arbeit, niem. praca, słowo to używane jest w Japonii na oznaczenie mało płatnej i dorywczej pracy). Furita stali się zjawiskiem w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Przybywa młodych Japończyków pracujących bez stałej umowy i za niewielkie wynagrodzenie na mało prestiżowych stanowiskach typu kasjer w McDonalds. Dla furita pokolenie ich ojców, statecznych sararimanów dochowujących przez całe życie wierności jednej jedynej firmie, musi się wydawać stadem kosmitów. Czy jest cokolwiek, co może stworzyć między tymi dwoma pokoleniami – zapracowujących się na śmierć, ale pewnych swego bytu i miejsca społeczeństwie ojców oraz ich dzieci, które nie mogą być już niczego pewne, bo kolejne kryzysy ekonomiczne (to, co my przeżywamy teraz, cały świat azjatycki przerabiał już 13 lat temu) systematycznie sprzątnęły im sprzed nosa wszystkie życiowe szanse – jakąś płaszczyznę porozumienia? Wydaje się, że nie – dla ojców sararimanów aspołeczny tryb życia ich dzieci jest wstydem i porażką, a dla dla pokolenia furita nie istnieje jakiś szczególny powód, by dążyć do osiągnięcia stabilizacji życiowej, przestrzegając przy tym sztywnych norm społecznych.

Skoro ani cele, ani normy nie istnieją, znudzone i zblazowane pokolenie furita zaczyna szukać czegoś, co wypełniłoby lukę i dostarczyłoby im ekscytacji. Te poszukiwania szybko prowadzą do ekstremów: kaleczenia się, zaburzeń odżywiania, agresji, obsesji na punkcie fizjologii. Mały przykład: powieść Murakamiego Ryū (pisarz o pokolenie starszej niż Kanehara generacji) In the Miso Soup czytałam nawet z zaciekawieniem, ale gdy doszło do sceny, w której morderca kontempluje wystający z dopiero co zabitej kobiety tampon, dałam sobie spokój.

Rui z powieści Kanehary jest dopiero na drodze do osiągnięcia największej możliwej perwersji. Związuje się z punkiem Amą, który imponuje jej chirurgicznie rozszczepionym językiem – Rui wkrótce robi sobie to samo, ignorując obowiązujące w tym procesie deformacji środki ostrożności. Przez Amę poznaje Shibę, właściciela studia tatuażu. Zafascynowana Shibą, daje sobie wytatuować na plecach legendarnego smoka Kirina, w przerwach sypiając z Shibą. Ama wikła się w bójkę, w której zabija człowieka, potem znika i zostaje odnaleziony martwy, Rui w samotności odżywia się tylko piwem i zastanawia się, co by tu jeszcze dziwnego zrobić (może ślub z Shibą?) itd.

Czy z tej książki coś wynika? Niewiele, poza skrystalizowaniem w słowach wyżej wspomnianych trendów. Młodzi Japończycy, zakochani w mrocznym romantyzmie, samodestrukcji, dziwności i postaci gothic lolity oraz innych neogotyckich mitach, odnajdują w „złych” powieściach „złej” Kanehary spełnienie ich obsesji i wyzwanie rzucone porządnickiemu establishmentowi sararimanów i okāsan. Nie pociąga ich ideał słodkiej dziewczynki tworzony przez media. Ich bohaterką jest Kanehara, która w wieku 11 lub 15 lat (jest to nieokreślone) rzuciła szkołę i poświęciła się pisaniu książek, których nakład osiąga miliony. To się teraz sprzedaje.

Autor: Katarzyna Zielinska

Komercyjny romantyzm Bożego Narodzenia, czyli クリスマス

2009-12-23 10:49:17


   Japończycy, jako wielbiciele wszelkich świąt, ceremonii i matsuri, zaadaptowali także chrześcijańskie Boże Narodzenie (chociaż chrześcijan tam na lekarstwo – około 1,5% ludności japońskiej). Jest to święto bardzo komercyjne, nie mające nic wspólnego z religią, któremu daje się wyraz przede wszystkim świąteczną dekoracją i oświetleniem miast. Ktoś mógłby powiedzieć, że w takim razie nie różni się ono od Bożego Narodzenia w Polsce czy innych krajach Zachodu. Jednak różnica jest zasadnicza.

   Co roku z początkiem grudnia w polskich gazetach i na portalach internetowych pojawiają się artykuły z poradami, jak tym razem przetrwać Święta i nie przytyć 5 kilo/ nie pokłócić się z mężem, rodzicami, żoną, dziećmi, teściową/ rozwiązać odwieczny problem karpia/ nie pójść z torbami/ zaoszczędzić sobie upokorzenia związanego z kupieniem nietrafionego prezentu i tak dalej. Wielu ludzi otwarcie przyznaje, że nienawidzi Świąt. Japończykom nieobce jest to uczucie. Z tym, że wiąże się ono z czymś innym, niż u nas. Otóż dwudziesty czwarty grudnia jest inną wersją Dnia Zakochanych i koniecznie należy spędzić go na romantycznej do bólu randce. Co jednak, gdy nie ma się nikogo do pary?

   Aby uniknąć tej katastrofy, już latem rezerwuje się stolik w eleganckiej (=drogiej) restauracji, a od listopada, kiedy to miasta rozświetlają się świątecznymi iluminacjami, zaczyna się gorączkowe poszukiwania partnera do spędzenia romantycznego wieczoru. Nic bowiem gorszego, niż przymusowo spędzić ten dzień z rodziną (co raczej kłóci się z polskimi wyobrażeniami o Wigilii idealnej), albo w geście graniczącym z samobójstwem wybrać się na samotny spacer po mieście pełnym zakochanych par zajmujących każdą ławeczkę, pomnik, kamień i płytę chodnika. Dlatego uruchamia się wszystkie możliwe kontakty, wydzwaniając do osób płci przeciwnej, nawet do tych, które się widziało tylko raz i to dawno temu. Trochę przypomina to nasze poszukiwania partnera do poloneza podczas studniówki. Najbardziej zdesperowani/zdesperowane zwracają się do znajomych cudzoziemców, by doznać okrutnego rozczarowania – owi cudzoziemcy wyjeżdżają na Święta do swoich krajów, by spędzić ten czas z rodziną.

   Jeśli jednak szczęście dopisuje i ma się tego kogoś u boku, można się nastawić na przyjemny wieczór, którego zakończenie często ma miejsce w ラブホテル – hotelu na godziny przeznaczonego specjalnie dla par. Zanim to nastąpi, młodzi Japończycy i Japonki spędzają czas w restauracji, gdzie mężczyźni obdarowują kobiety kosztownymi prezentami – pierścionkami, torebkami, zegarkami. W Święta prezenty dostają też dzieci. Punktem kulminacyjnym bożonarodzeniowej randki jest romantyczny spacer po mieście i podziwianie jego świątecznej iluminacji.

   Dla cudzoziemców wychowanych w chrześcijańskiej tradycji Boże Narodzenie w Japonii nie kojarzy się raczej z czymś przyjemnym. I to nie tylko dlatego, że jest odarte z jakiejkolwiek duchowości i nie jest świętem rodzinnym. Także dlatego, że Święta są w Japonii normalnym dniem pracy. Dniem wolnym jest za to dwudziesty trzeci grudnia, dzień urodzin cesarza Akihito (jap. 明仁). Boże Narodzenie jest tylko przygrywką do Nowego Roku, które jest świętem typowo rodzinnym, z prezentami, odwiedzaniem świątyni i – świątecznym jedzeniem. W Boże Narodzenie można się nacieszyć jedynie クリスマスケーキ, świątecznym ciastem, którego zdobycie okupione jest taką walką z tłumem innych kupujących, jak u nas w przypadku kupna karpia.

Katarzyna Zielińska

Japoński Nowy Rok

2009-12-16 11:06:57

 

Nowy Rok to najważniejsze święto w kalendarzu każdego Japończyka. Starożytni mieszkańcy archipelagu uważali, że każdy element otaczającego nas świata jest niejako „żywy” i spełnia szczególną rolę w porządku wszechrzeczy. Wierzono, że zarówno ludzie, jak i rośliny posiadają „duszę”.

Odbywające się dzisiaj, kilka razy do roku, festiwale matsuri nawiązują do starożytnych animistycznych rytuałów, które miały na celu wybłaganie u bóstw kami łaski zdrowia, powodzenia i obfitych plonów. Najważniejszym z tych świąt jest o-shōgatsu, czyli Nowy Rok. Wtedy to noworoczne bóstwa agrarne Toshigami odwiedzają ludzi w ich domach. Składając bogom podziękowania za miniony rok, Japończycy proszą o duchową siłę potrzebną do przeżycia kolejnego.

Panujący nastrój radości i dziękczynienia wyraża się w noworocznym pozdrowieniu: akemashite omedetō gozaimasu.

 

Jako że w Nowy Rok Japończycy wychodzą na spotkanie bóstwom, dużą wagę przykładają do odpowiedniego przygotowania swych domostw poprzez symboliczne i dosłowne oczyszczenie. Urządzają zatem wielkie sprzątanie. Począwszy od mycia szyb w oknach, na wyrzuceniu starych rzeczy z szaf skończywszy, rodziny obmywają siebie i swe domy z grzechów popełnionych w minionym roku. 

 
Oczyszczony, święty obszar zdobi się sznurem shimenawa, a bogom ofiarowuje się kagami mochi – ryżowe placki symbolizujące związek Japonii z niebiosami.

 

 

 

Chcąc sprawić, by Toshigami trafili do naszego domu, bramę ozdabia się stroikiem z gałązek sosny - kadomatsu.

W noc 31 grudnia domownicy wspólnie spożywają toshikoshi soba, czyli „między-roczny” makaron. Nazywany jest tak dlatego, że zaczynamy go jeść jeszcze
w starym roku, a kończymy w nowym. Istnieje wiele teorii na temat pochodzenia toshikoshi soba, ale najczęściej przytacza się tę: nitki makaronu soba są bardzo długie, więc jedząc je powodujemy, iż pomyślny los będzie nam długo towarzyszyć w rozpoczynającym się roku. Soba , czyli gryka, która stanowi główny składnik makaronu, znana jest ze swych zdolności do rozwijania się w trudnych warunkach i ubogiej glebie, przez co kojarzy się z witalnością. Interesujące są również powiązania makaronu soba i złota. W tradycyjnym zdobnictwie japońskim złotą folię produkowano tłukąc kawałek kruszcu, umieszczony między dwoma kartkami czerpanego papieru. Drobinki złota, które rozsypywały się podczas tej procedury po całym pomieszczeniu zbierano ze ścian i podłogi za pomocą surowego ciasta na makaron. Gdy ciasto wrzucić do wrzątku, przyklejone doń drobinki złota oddzielały się, opadając na dno garnka. Stąd też jedzenie soba kojarzy się z bogactwem.

Pierwsze w nowym roku odwiedziny w chramie shintō czy świątyni buddyjskiej nazywamy hatsumōde. Japończycy udają się do miejsca kultu rodowego bóstwa
czy bo-opiekuna danego roku, i tam modlą się o pokój i szczęście. Opiekuńcze bóstwo przychodzi z jednej z czterech stron świata: wschodu, zachodu, północy lub południa, zależnie od chińskiego kalendarza.

Oryginalną postacią hatsumōde był rytuał, podczas którego należało w wigilię nowego roku udać się do miejsca zamieszkanego przez bóstwo, by wspólnie z nim czekać na wzejście słońca. Dzisiaj jednak wielu Japończyków noc 31 grudnia spędza w buddyjskich świątyniach, gdzie wysłuchują stu ośmiu uderzeń w dzwon, symbolizujących zmycie stu ośmiu buddyjskich grzechów. Rano natomiast udają się do chramów, byoddać cześć bogom. Podczas obchodów noworocznych Japończycy jedzą o-sechi ryōri. Pierwotnie wyraz ten oznaczał ofiary, które składano bogom przy zmianie pór roku, w końcu jednak zaczęto tak nazywać wszystkie potrawy, które je się tylko w Nowym Roku. Obecny skład i sposób podawania o-sechi ryōri ustaliły się już w XVIII wieku.

Potrawy te przyrządza się jeszcze przed świętami i pakuje do ozdobnych lakowych pudełek.
Japończycy często mówią, że robi się tak, by dać gospodyniom odpocząć od gotowania podczas trzydniowych obchodów noworocznych. W rzeczywistości jednak chodzi o to, by nie urazić goszczących w domu bóstw krzątaniną w kuchni czy głośnym zachowaniem.

 

Ciekawostki związane z Nowym Rokiem:

  • Nenshi: odwiedzanie krewnych i bliskichznajomych oraz pozdrawianie się nawzajem
  • Otoshidama: kieszonkowe, które otrzymują dzieci i studenci
  • Otoso: sake, którą pije się w nadziei na spokojny nadchodzący rok.
  • Nengajou: kartki z życzeniami noworocznymi wysyłane do znajomych i krewnych. Dostarcza się je na pocztę pod koniec roku, a pierwszego dnia stycznia wszystkie za jednym razem zostają wysłane do adresatów.

 

Sadami Harada

 

Dorama

2009-12-08 16:54:29


ドラマ

Gdy nie ma się na nic ochoty, nawet na japoński (zgroza!;), najlepiej pooglądać sobie jakąś doramę. W ten sposób można gapić się w ekran nawet kilka godzin bez wyrzutów sumienia, że marnuje się czas: przecież uczymy się japońskiego. Ja ostatnio w ramach takiej „nauki” cały weekend spędziłam z dwiema doramami, w których występuje aktorka Nakama Yukie.

     Co jakiś  czas, gdy zabraknie motywacji do nauki, ale mimo to nie chcę dać  za wygraną, klikam na stronę www.mysoju.com. Można tam znaleźć filmy i doramy (pojęcie wywodzi się od television drama i oznacza około 11-odcinkowy serial telewizyjny) japońskie, koreańskie i chińskie. Seriale –

romantyczne, detektywistyczne, sensacyjne lub obyczajowe – są mocno uzależniające, stąd też nazwa strony (soju to tradycyjny wysokoprocentowy alkohol koreański). Są też bardzo pomocne, jeśli chcemy osłuchać się z językiem, uczynić go sobie bliższym, szczególnie jego potoczną odmianę. Już po obejrzeniu jednej serii stwierdzimy, że utrwaliły nam się w głowie różne zwroty i konstrukcje gramatyczne, których nauka na „sucho” nie przyniosła efektów. Jest to też sposób, by podpatrzeć (choć trzeba się liczyć z przerysowaniem, tak jak nie należy wierzyć w sielski świat polskich tasiemców) codzienne życie Japończyków: ubrania, potrawy, rytuały zachowań, wystrój wnętrz, charakterystyczne miejsca na mapie Tokio i innych japońskich miast.

      Mnóstwo jest doram opowiadających o życiu nastolatków (jak kultowe Hana yori dango) czy miłości (np. First love), niezwykłą popularnością cieszył się też serial oparty na książce zmarłej kilkanaście lat temu dziewczyny dotkniętej nieuleczalną chorobą (One litre of tears) czy poruszający problem przemocy domowej i tożsamości płciowej (Last friends). Tematów jest naprawdę wiele, w tym tak egzotyczne jak życie na farmie na Hokkaido.

      Dwie ostatnio przeze mnie obejrzane doramy łączy aktorka Nakama Yukie. W Tokyo Wankei gra ona przedstawicielkę pogardzanej mniejszości koreańskiej w Japonii – zjawiska mało znanego osobom zafascynowanych tym krajem, a symptomatycznego dla stosunku Japończyków wobec inności i cudzoziemców. Mika nie różni się niczym od osób ze swojego otoczenia. Od urodzenia mieszka w Japonii, mówi po japońsku, ma zainteresowania te same co jej rówieśnicy, robi karierę. Jednak nie ma praw wyborczych, stale musi mieć przy sobie paszport, a wracając do Japonii z zagranicznej wycieczki musi na lotnisku ustawić się w kolejce dla cudzoziemców. Te upokorzenia prowadzą ją i jej rodzinę do zamknięcia się w trochę sztucznej koreańskiej tożsamości, do której japońskie społeczeństwo nie ma wstępu. Zatem gdy na horyzoncie pojawia się przystojny Japończyk, konflikt jest gotowy: rozterkom, kłótniom, intrygom, rozstaniom i powrotom nie ma końca.

      Z kolei w komediowym I’ve been married to hell Nakama wciela się w młodą żonę mężczyzny pochodzącego z rodziny z „tradycjami”. Świeżo poślubieni małżonkowie jadą z wizytą zapoznawczą do teściów, a tam same przygody: rytuały, starodawne zwyczaje, każdy gest obciążony jakąś symboliką, świętowanie każdej możliwej okazji. Biedna Kimiko, na co dzień nowoczesna dziennikarka mieszkająca w modnej dzielnicy Tokio Odaibie, po najeżonym tradycjami świecie teściów porusza się jak słoń w składzie porcelany, ściągając na siebie gniew rodziny męża i konflikty z teściową. Ta ostatnia jest jednak kobietą o złotym sercu, dzięki czemu serial pełen jest ciepła i pogody. Bardziej zaawansowanym adeptom języka serial na pewno pomoże utrwalić sobie keigo – honoryfikatywną odmianę języka japońskiego, jakim na co dzień posługuje się wykwintna teściowa.

 

Autor: Katarzyna Zielińska

nowsze artykuły
1 | 2 poprzednie artykuły